Zaznacz stronę
Wielka Rycerzowa – Wielkanocna wyprawa w Beskidach

Wielka Rycerzowa – Wielkanocna wyprawa w Beskidach

Wielka Sobota zazwyczaj kojarzy się z przygotowaniami do Świąt Wielkanocnych, malowaniem jajek i spokojnym oczekiwaniem na pierwszy dzień świąt. Jednak dla nas, rodziny, która uwielbia wspólne wyprawy i nie stroni od aktywnego wypoczynku, ten dzień miał być inny. Postanowiliśmy zamienić domowe przygotowania na przygodę w górach, co było dla nas sposobem na świętowanie i jednoczesne czerpanie radości z bycia razem na łonie natury.

Nasz wybór padł na Wielką Rycerzową – szczyt, który od dawna chcieliśmy zdobyć, a jego słynna bacówka wydawała się idealnym miejscem na krótki odpoczynek podczas wędrówki. Mimo że pogoda nie zapowiadała się najlepiej, byliśmy zdecydowani, aby nie rezygnować z naszych planów. Zamiast tego, przygotowaliśmy się na wszelkie warunki, które mogłyby nas spotkać na szlaku. W końcu, jak mówi stare górskie przysłowie – nie ma złej pogody, są tylko źle przygotowani wędrowcy.

Poranne przygotowania i wyjazd

Nasza wielkanocna przygoda rozpoczęła się wczesnym rankiem, kiedy to jeszcze przed wschodem słońca, zaczęliśmy nasze przygotowania. Zgromadzenie odpowiedniego ekwipunku – ciepłej odzieży, butów trekkingowych, plecaków z zapasem jedzenia i picia, a także mapy i kompasu – było dla nas równie ważne, jak tradycyjne malowanie jajek. Chcieliśmy upewnić się, że na szlaku nie zabraknie nam niczego, co mogłoby być potrzebne do bezpiecznego i komfortowego pokonania trasy.

Wybór Soblówki jako punktu startowego był podyktowany nie tylko jej lokalizacją blisko żółtego szlaku na Wielką Rycerzową, ale również dostępnością parkingu, gdzie mogliśmy pozostawić nasz samochód. Kiedy dotarliśmy na miejsce, chmury nadal zasłaniały niebo, ale nasze humory były wysokie. Byliśmy gotowi na to, co miało nadejść, pewni, że każde wyzwanie na szlaku zbliży nas jeszcze bardziej do siebie.

Trasa na szczyt

Pierwsze kroki na żółtym szlaku nie były łatwe. Błoto i kałuże świadczyły o niedawnych opadach, a nasza determinacja została szybko wystawiona na próbę. Jednak z każdym metrem, który pokonywaliśmy, rosło nasze przekonanie, że decyzja o wyjeździe była słuszna.

Szlak na Wielką Rycerzową zaskoczył nas intensywną wycinką drzew. Widok przypominający szwajcarski ser, gdzie ¾ trasy pokrywała wyręb lasu, był dla nas nie tylko smutny, ale i nieco dezorientujący. Miejscami trudno było odnaleźć szlak, który zdawał się zniknąć wśród ściętych pni. Ta część wędrówki nauczyła nas, że w górach trzeba być przygotowanym na wszystko, nawet na konieczność śledzenia trasy na mapie, gdy znaki szlakowe znikają z pola widzenia.

Niemniej jednak, mimo początkowych trudności, nasze humory pozostały niezachwiane. Przebijanie się przez błoto i pokonywanie kałuż stało się częścią naszej przygody. Kiedy zaczęła padać mżawka, która towarzyszyła nam przez dobrą godzinę, zaakceptowaliśmy to jako kolejny element naszej wielkanocnej wędrówki. Mimo niepewnej pogody, byliśmy zdecydowani, że Wielka Rycerzowa musi zostać zdobyta.

Zmiana krajobrazu – od lasu do polany2

Podczas naszej wędrówki na Wielką Rycerzową, krajobraz, przez który przemierzaliśmy, zaczął stopniowo zmieniać swój charakter. Z gęstych, zalesionych terenów, które były świadkami intensywnej wycinki drzew, weszliśmy na otwartą przestrzeń polany. Ta zmiana scenerii była niczym oddech świeżości. Chociaż ślady ludzkiej interwencji w lesie były dla nas źródłem zmartwień, otwarta przestrzeń polany przyniosła nam uczucie wolności i przestrzeni, tak bardzo cenione podczas górskich wędrówek.

Mgła, która zaczęła się pojawiać wraz z naszym wejściem na polanę, oraz delikatnie padający śnieg, przemieniły otoczenie w scenerię niczym z bajki. Te momenty, kiedy otaczający nas świat zaczął przybierać magiczny wymiar, były dla nas przypomnieniem, że natura potrafi zaskoczyć i oczarować w najmniej oczekiwanych momentach. Dzieci, zafascynowane zmieniającym się krajobrazem, z zapartym tchem obserwowały, jak każdy kolejny krok odkrywa przed nami nowe, niezwykłe widoki.

Bacówka na Rycerzowej – chwila odpoczynku

Kiedy w końcu dotarliśmy do miejsca, które wydawało się być celem naszej wyprawy – bacówki na Rycerzowej – czuliśmy zmęczenie, ale jednocześnie ogromną satysfakcję. Zarys bacówki, który ukazał się nam przez mgłę, był niczym oaza, obietnicą chwili wytchnienia po godzinach wędrówki.

Bacówka przywitała nas ciepłem swoich wnętrz i zapachem drewna. Dzieci natychmiast ruszyły w poszukiwaniu pieczątek do swoich książeczek, co stało się już naszą rodziną tradycją podczas górskich wypraw. Wspólnie wybraliśmy odznaki do naszej kolekcji, a każdy wybór był małym świętowaniem kolejnego osiągniętego celu.

Przy stole w bacówce, zasłużenie odpoczywaliśmy, delektując się chwilą spokoju. Dzieci znalazły zajęcie w kąciku dla najmłodszych, co pozwoliło nam na chwilę oddechu i wymianę wrażeń z podróży. Obserwowanie, jak z czasem do bacówki zaczęli przybywać inni wędrowcy, przypomniało nam, że nie tylko my postanowiliśmy aktywnie spędzić ten świąteczny czas. Wspólny posiłek, rozmowy z innymi turystami i chwila relaksu sprawiły, że bacówka stała się dla nas symbolem gościnności i wspólnoty, jaką tworzą ludzie gór.

Niespodziewana zmiana pogody

Kiedy wyszliśmy ze schroniska Bacówki na Rycerzowej, przywitała nas całkowicie inna aura niż ta, którą zostawiliśmy za drzwiami. Niespodziewanie, pogoda, która do tej pory była łaskawa, zmieniła swój charakter, przynosząc ze sobą zamieć śnieżną. Śnieg zaczął sypać z nieba tak gęsto, że ograniczał widoczność, a z każdą minutą pokrywał szlak coraz grubszą warstwą białego puchu. To zmusiło nas do zmiany wcześniej zaplanowanej trasy powrotnej. Zdecydowaliśmy, że bezpieczniej będzie, jeśli nie będziemy wracać tą samą drogą, która teraz mogła być znacznie trudniejsza do przebycia.

Zdobycie wielkiej rycerzowej

Pomimo zaskakującej zmiany pogody, nasze postanowienie, by zdobyć szczyt Wielkiej Rycerzowej, pozostało niezmienne. Motywacja do osiągnięcia celu, wzmocniona przez wspólne przeżywanie nieprzewidzianych okoliczności, pchała nas do przodu. Walka z zamiecią, chociaż wymagająca, stała się kolejną przygodą, którą mieliśmy okazję doświadczyć jako rodzina. Gdy w końcu dotarliśmy na szczyt, uczucie triumfu i radości, które nas ogarnęło, było nie do opisania. Pomimo niekorzystnych warunków, udało nam się osiągnąć nasz wielkanocny cel.

Powrót – radość i wyzwania

Powrót do kwatery był zarówno radosnym, jak i wyzwaniem. Śnieg na szlaku, choć był przyczyną niekończącej się zabawy dla dzieci, stanowił także trudność, szczególnie kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki zmęczenia. „Z górki na pazurki”, jak dzieciaki nazwały zjeżdżanie po śnieżnych stokach, stało się główną atrakcją tej części wędrówki. Nasze próby, by zachować ostrożność i unikać przemoczenia, szybko zostały zignorowane w obliczu dziecięcej radości i śmiechu.

Wybór zielonego szlaku jako drogi powrotnej okazał się być mniej atrakcyjny widokowo, ale zdecydowanie bezpieczniejszy. Ta część naszej wyprawy dała nam cenny cień w upalne dni, choć teraz, w zimowej scenerii, był to raczej symboliczny gest. Mimo to, droga ta pozwoliła nam na spokojne zakończenie naszej przygody.

Nasza wędrówka na Wielką Rycerzową była pełna niespodziewanych zmian i wyzwań, ale także niezliczonych momentów radości i wzajemnego wsparcia. Każdy krok, każda pokonana przeszkoda i wspólnie spędzony czas na łonie natury, jeszcze bardziej zbliżyły nas do siebie, tworząc wspomnienia, które zostaną z nami na zawsze.

Wiosenna wyprawa na Bendoszkę Wielką – rodzinna przygoda w Beskidzie Żywieckim

Wiosenna wyprawa na Bendoszkę Wielką – rodzinna przygoda w Beskidzie Żywieckim

Bendoszka Wielka, mimo że nie jest najwyższym szczytem w Beskidzie Żywieckim, fascynuje swoją dostępnością i pięknymi widokami, które rekompensują trud wędrówki. To właśnie tutaj, wśród śpiewu ptaków i szumu strumieni, chcieliśmy przeżyć przygodę, która zbliży nas do natury i siebie nawzajem.

Nasza decyzja o wyprawie nie była przypadkowa. Chcieliśmy, by nasze dzieci doświadczyły wiosny w górach, poczuły radość z odkrywania i zdobywania szczytów, a także nauczyły się szacunku do otaczającego nas świata. Bendoszka Wielka wydała się być idealnym miejscem, by zaszczepić w nich pasję do górskich wędrówek i pokazać, że wspólne cele mogą nas wzmacniać jako rodzinę.

Planowanie wyprawy

Przygotowanie do wiosennej wyprawy w góry zaczyna się długo przed pierwszym krokiem na szlaku. Wybór Bendoszki Wielkiej jako celu naszej rodziny nie był przypadkowy. Jako rodzice, chcieliśmy, aby ta wycieczka była bezpieczna, edukacyjna, a jednocześnie pełna przygód, które zachwycą nasze dzieci. Dlatego też, pierwszym krokiem było dokładne zaplanowanie trasy, z uwzględnieniem wszystkich niezbędnych postojów, punktów widokowych i miejsc, w których moglibyśmy odpocząć.

Korzystając z map turystycznych i relacji innych wędrowców, zdecydowaliśmy się na szlak prowadzący z miejscowości Roztoki, gdzie mogliśmy bezpośrednio zacząć naszą przygodę. Zanim jednak wyruszyliśmy, ważne było, aby upewnić się, że wszyscy są odpowiednio przygotowani na wyprawę. Oznaczało to nie tylko dobranie odpowiedniego ubioru, ale również spakowanie plecaków w taki sposób, aby zawierały wszystko, co niezbędne, nie obciążając przy tym zbytnio naszych dzieci. Woda, przekąski, apteczka pierwszej pomocy, a także dodatkowe warstwy ubrań na zmianę pogody – to wszystko znalazło swoje miejsce w naszych plecakach.

Rozpoczęcie przygody

Dzień rozpoczęliśmy w Ujosłach, skąd udaliśmy się w kierunku Roztoki. To stamtąd, z pełnymi entuzjazmu sercami i lekkim dreszczykiem emocji, rozpoczęliśmy naszą wędrówkę szlakiem zielonym. Pogoda była nam łaskawa, obdarzając nas słońcem, które przebijało się przez drzewa, tworząc na ścieżce malownicze wzory.

Niemniej jednak, wiosna w górach to również czas, kiedy szlaki mogą być nieprzewidywalne. W niższych partiach napotkaliśmy na zalegające błoto i kałuże, co skłoniło nas do szybkiej zmiany planów. Zdecydowaliśmy się odbić na szlak rowerowy czarny, który również prowadził do naszego celu – schroniska PTTK na Przegibku. Choć decyzja ta była spontaniczna, okazała się strzałem w dziesiątkę. Szlak był mniej uczęszczany, co dawało nam poczucie bliskości z naturą i pozwalało na spokojniejsze doświadczanie otaczającego nas krajobrazu.

Wędrówka ta była wyjątkowa nie tylko ze względu na piękno przyrody, ale również dlatego, że przez większą część trasy towarzyszyliśmy sobie jedynie my, jako rodzina. Taka izolacja od zgiełku codzienności pozwoliła nam na głębsze rozmowy i dzielenie się myślami, które w zwykłym, zabieganym życiu, mogłyby umknąć naszej uwadze.

Do schroniska PTTK na Przegibku

Gdy zielony szlak ustąpił miejsca czarnemu, nasza wędrówka zaczęła nabierać nowego rytmu. Otoczeni gęstym lasem Beskidu Żywieckiego, z każdym krokiem zbliżaliśmy się do schroniska PTTK na Przegibku, które miało być naszym przystankiem na odpoczynek i mały posiłek. Wiosna w pełni ujawniała swoje oblicze, a my, korzystając z okazji, zatrzymywaliśmy się co jakiś czas, by podziwiać budzącą się do życia przyrodę i oddychać świeżym, górskim powietrzem.

Dotarcie na polanę przed schroniskiem okazało się momentem pełnym radości dla dzieci. Niecodzienny widok wielkanocnego bałwana, zbudowanego przez innych turystów, stał się dla nich atrakcją, która na długo zapadnie w pamięci. Przy schronisku, gdzie zbiegały się szlaki z różnych kierunków, zaczęliśmy napotykać na więcej turystów. To właśnie tutaj, w duchu rodzinnej tradycji, zadbaliśmy o to, aby dzieci mogły dodać kolejne pieczątki do swoich książeczek turystycznych.

Pobyt przy schronisku dał nam chwilę na złapanie oddechu. Dzieci szybko znalazły kącik zabaw, co pozwoliło dorosłym na chwilę relaksu przy kubku gorącej kawy i kawałku domowego ciasta. To właśnie te momenty, pełne prostych przyjemności, są kwintesencją rodzinnego wędrowania – możliwość bycia razem, bez pośpiechu, delektując się obecnością najbliższych.

Zdobycie Bendoszki Wielkiej

Po krótkim odpoczynku w schronisku, nasze kroki zwróciły się ku głównemu celowi wyprawy – zdobyciu szczytu Bendoszki Wielkiej. Szlak, który wybraliśmy, prowadził nas przez coraz to bardziej otwarte przestrzenie, oferując coraz to szersze panoramy na otaczające góry. Wzrost adrenaliny był wyczuwalny, gdy zbliżaliśmy się do celu, a dzieci, pełne energii i zapału, wyraźnie pokazywały, że są gotowe na zdobycie szczytu.

Stanie na szczycie Bendoszki Wielkiej było momentem tryumfu dla nas wszystkich. Obserwowanie dzieci, które z dumą spoglądały na otaczający nas krajobraz, przypomniało mi, jak ważne jest dzielenie się z nimi pasją do odkrywania i doceniania naturalnego piękna naszego świata. Widok rozciągający się z wierzchołka był zapierający dech w piersiach – panoramy Beskidu Żywieckiego i dalekie obrysy Tatr w oddali tworzyły obraz, którego nie sposób uchwycić jedynie na zdjęciach. Był to moment, w którym czas jakby się zatrzymał, pozwalając nam w pełni cieszyć się osiągnięciem i wspólnie spędzonym czasem.

Po chwili zadumy i uwiecznieniu widoków na licznych fotografiach, zaczęliśmy przygotowania do powrotu. Wiedzieliśmy, że każda wyprawa ma swój koniec, ale też zdawaliśmy sobie sprawę, że wspomnienia i doświadczenia zdobyte podczas tej rodziny przygody zostaną z nami na zawsze.

Dlaczego warto wybrać się na Bendoszkę Wielką?

Wybór Bendoszki Wielkiej na cel naszej wiosennej wyprawy górskiej okazał się strzałem w dziesiątkę, nie tylko ze względu na piękno samych krajobrazów, ale i za lekcje, które jako rodzina mogliśmy z niej wyciągnąć. Szczyt ten, mimo iż nie należy do najwyższych w Beskidzie Żywieckim, oferuje niezapomniane widoki i jest doskonałym miejscem dla rodzin poszukujących wspólnych przygód.

  • Przystępność trasy – szlaki są na tyle łagodne, że nawet młodsze dzieci mogą bezpiecznie pokonać drogę na szczyt, co czyni tę wycieczkę doskonałą okazją do wprowadzenia ich w świat górskich wypraw. Ponadto, możliwość odwiedzenia schroniska PTTK na Przegibku dodaje wyprawie element edukacyjny i zapewnia miejsce na odpoczynek i regenerację sił.
  • Wspaniałe widoki i bliskość natury – wiosna na Bendoszce Wielkiej to czas, gdy przyroda budzi się do życia, co daje niepowtarzalną okazję do obserwacji zmieniającej się flory i fauny. Dla dzieci jest to niezastąpiona lekcja biologii na żywo, a dla dorosłych – chwila oddechu od codzienności i możliwość naładowania baterii wśród naturalnego piękna.

Podsumowanie

Nasza rodzinna wyprawa na Bendoszkę Wielką udowodniła, że wspólne cele i wyzwania mogą zbliżać, ucząc jednocześnie wzajemnego wsparcia i szacunku dla otaczającej nas przyrody. Była to nie tylko wędrówka po górach, ale przede wszystkim podróż przez wspólne doświadczenia, które zacieśniły nasze rodzinne więzi.

Zachęcam więc wszystkie rodziny do wybrania się na Bendoszkę Wielką i doświadczenia tej wspaniałej przygody na własnej skórze. Niech będzie to czas pełen radości, odkrywania i wspólnego celebrowania piękna natury. A przede wszystkim, niech będzie to okazja do spędzenia bezcennego czasu z najbliższymi, który na długo pozostanie w waszej pamięci.

Przygoda na szczytach Rudawiec i Kowadło

Przygoda na szczytach Rudawiec i Kowadło

Podczas naszego urlopu bez dzieci, każdy dzień był okazją do górskich wędrówek. Odwiedziliśmy wiele szczytów, lecz na koniec naszego pobytu postanowiliśmy zdobyć Rudawiec i Kowadło – dwa mniej znane, ale równie malownicze cele naszej wyprawy. Była to nasza ostatnia przygoda przed powrotem do codzienności, więc chcieliśmy, aby była niezapomniana. W wyprawie tej towarzyszyła nam siostra żony, która chociaż nie do końca zdawała sobie sprawę z wyzwania, entuzjastycznie przyłączyła się do nas.

Planowanie trasy

Analizując mapę i dostępne szlaki, szybko zdecydowaliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie stworzenie pętli, rozpoczynającej się w Bielicach, gdzie zaparkowaliśmy samochód koło leśniczówki. Ta decyzja pozwoliła nam na maksymalne wykorzystanie dostępnego czasu i zobaczenie jak najwięcej. Wiedzieliśmy, że mimo zmęczenia po dniach spędzonych na szlaku, chcemy wykorzystać każdą minutę, by doświadczyć piękna górskiej przyrody.

Towarzysze podróży

Dołączenie siostry do naszej ekipy dodało wyprawie nowej dynamiki. Mimo jej ograniczonego doświadczenia w górskich wędrówkach, jej entuzjazm i gotowość do przygody były zaraźliwe. Wszyscy mieliśmy świadomość, że przed nami wymagająca trasa, jednak obecność dodatkowej osoby przypomniała nam, że górskie wyprawy to nie tylko fizyczne wyzwanie, ale także okazja do dzielenia się radością z bliskimi.

Rudawiec – pierwszy cel

Początek naszej trasy z Bielic był przyjemny i łagodny, co pozwoliło nam na spokojne rozpoczęcie dnia. Jednak po kilkunastu minutach marszu napotkaliśmy na pierwsze poważniejsze podejście, które sprawiło, że nasze plecy szybko pokrył pot. Tempo, w jakim osiągnęliśmy szczyt Rudawca, było dla nas zaskoczeniem. Szybkość zdobycia tego wzniesienia w porównaniu do czasu potrzebnego na osiągnięcie Kowadła dała nam poczucie, że mamy jeszcze dużo sił. Na szczycie Rudawca spotkaliśmy dwóch turystów, którzy zaoferowali nam pomoc w zrobieniu zdjęć. Był to miły gest, który pozwolił na krótki odpoczynek i wymianę doświadczeń z innymi miłośnikami gór, zanim ruszyliśmy dalej ścieżką graniczną w kierunku kolejnych celów naszej trasy.

Droga do schroniska Paprsek

Nasza wędrówka kontynuowała się wzdłuż granicy, prowadząc nas przez malownicze tereny Działu i Travną Horę. Podczas marszu napotkaliśmy grupę turystów, którzy, jak się okazało, zabłądzili, szukając drogi do schroniska Paprsek. Po krótkiej wymianie doświadczeń i podzieleniu się informacjami na temat schroniska, które przedstawili w samych superlatywach, postanowiliśmy zmienić nasze plany i dołączyć do nich w drodze po zasłużone zimne piwo w schronisku. Nieoczekiwane zmiany w planie były przypomnieniem, że w górach zawsze warto być gotowym na niespodzianki.

Szczyt Kowadło – finalny cel

Po odpoczynku w schronisku Paprsek i pożegnaniu się z naszymi nowymi znajomymi, wyruszyliśmy w kierunku Kowadła. Trasa ze Smrk na Kowadło okazała się wyjątkowo męcząca, z licznymi zmianami wysokości, co dodatkowo potęgowało nasze zmęczenie. Każdy kilometr sprawiał, że nasze nogi były coraz cięższe, a wizja zdobycia Kowadła stawała się coraz bardziej odległa. Jednak determinacja i wspólne wsparcie pozwoliły nam pokonać ostatnie trudności. Zdobycie szczytu Kowadła stało się symbolem naszej wytrwałości i dowodem na to, że nawet największe wyzwania są do pokonania.

Powrót i podsumowanie wyprawy

Ostatni etap naszej przygody to droga powrotna do samochodu, która mimo zmęczenia nóg, okazała się być łatwiejsza niż się spodziewaliśmy. Myśl o chłodnej wodzie czekającej w bagażniku i komforcie klimatyzowanego auta dodawała nam sił. Po dotarciu do samochodu ogarnęło nas poczucie spełnienia. Byliśmy szczęśliwi, że udało się zrealizować nasz plan, pomimo niespodziewanych zmian i drobnych przeciwności.

Ta trasa, choć miejscami wymagająca, dostarczyła nam wielu wrażeń i pokazała, że warto jest wyjść poza utarte szlaki. Dla przyszłych wędrowców nasza rada: nie lekceważcie gór i zawsze bądźcie gotowi na zmiany w planie.

Wielka Racza – Wielkanocna przygoda w Beskidzie Żywieckim

Wielka Racza – Wielkanocna przygoda w Beskidzie Żywieckim

Każde święta to dla nas, rodziny miłośników gór i przygód, okazja do stworzenia niezapomnianych wspomnień. Tym razem, zbliżając się Wielkanoc, postanowiliśmy przełamać rutynę i spędzić ten wyjątkowy czas inaczej niż zwykle. Zamiast tradycyjnego, domowego świętowania, zapragnęliśmy połączyć rodzinne chwile z naszą pasją – górskimi wędrówkami. Wybór padł na malowniczy Beskid Żywiecki, a naszym celem miała być Wielka Racza – szczyt, który od dawna kusił nas swoimi widokami i trasami.

Wyjazd ten miał być nie tylko okazją do aktywnego spędzenia czasu, ale również doskonałym sposobem na nauczenie naszych dzieci wartości odkrywania nowych miejsc i doceniania piękna natury. Planowanie wyjazdu rozpoczęliśmy z wyprzedzeniem, szukając informacji o szlakach, atrakcjach oraz miejscu, gdzie moglibyśmy się zatrzymać. Pomocna dłoń przyszła od ekipy „mynaszlaku”, której rekomendacje okazały się kluczowe w wyborze kwatery oraz tras do pokonania.

Wybór miejsca na pobyt

Decyzja o spędzeniu świąt Wielkanocnych na łonie natury była jednym z łatwiejszych wyborów, jakie mieliśmy podjąć jako rodzina. Kolejnym krokiem było znalezienie idealnego miejsca na nasz pobyt, które byłoby nie tylko komfortowe, ale również blisko szlaków górskich, które planowaliśmy zdobyć. Nasze poszukiwania doprowadziły nas do Ujsoł – malowniczej miejscowości, która okazała się być strategicznym punktem na mapie naszych planów. Dzięki rekomendacjom otrzymanym od ekipy „mynaszlaku”, bez wahania zdecydowaliśmy się na kwaterę prowadzoną przez Panią Ewę.

Dom Pani Ewy wyróżniał się na tle innych ofert. Położony w cichej i spokojnej okolicy, oferował nie tylko czyste i przestronne pokoje, ale także łazienkę z podgrzewaną podłogą – mały luksus, który po długim dniu w górach z pewnością miałby dla nas ogromne znaczenie. Dodatkowym atutem była w pełni wyposażona kuchnia, która dawała nam możliwość przygotowania świątecznych potraw na własną rękę, oraz dostęp do Internetu, dzięki któremu mogliśmy na bieżąco dzielić się naszymi przygodami z bliskimi i znajomymi. Wybierając kwaterę u Pani Ewy, mieliśmy pewność, że nasz pobyt będzie nie tylko przyjemny, ale i bezproblemowy, a bliskość Rajczy zapewniała łatwy dostęp do sklepów, co było niezbędne do zaopatrzenia się w świąteczne produkty.

Planowanie trasy

Z lokalizacją kwatery ustaloną, przyszła pora na zaplanowanie naszej głównej przygody – wędrówki na Wielką Raczę. Z pomocą map i przewodników online, skupiliśmy się na wyborze szlaku, który byłby odpowiedni zarówno dla nas, jak i dla naszych dzieci. Żółty szlak z Roztok wydawał się idealny – niezbyt trudny, ale jednocześnie oferujący piękne widoki i ciekawe tereny do eksploracji.

Ekipa „mynaszlaku” ponownie okazała się nieocenionym źródłem wiedzy, zapewniając nam szczegółowe informacje o trasie oraz wskazówki, jak najlepiej przygotować się do wędrówki. Z ich pomocą mieliśmy pełną świadomość tego, czego możemy się spodziewać na szlaku, jakie wyposażenie będzie niezbędne i jak zaplanować dzień, aby w pełni wykorzystać czas na szlaku.

Nasze przygotowania do wyjazdu były mieszanką podekscytowania i skrupulatnego planowania. Chcieliśmy, aby ten wyjazd był niezapomnianym doświadczeniem dla całej rodziny, dlatego każdy szczegół miał znaczenie. Od wyboru odpowiedniego miejsca na pobyt, przez zaplanowanie trasy, aż po spakowanie niezbędnego sprzętu – wszystko było przemyślane, aby nasza wielkanocna przygoda na Wielką Raczę była pełna radości, odkryć i bezpiecznego, rodzinnego czasu w górach.

Start w Roztokach

Pierwszy dzień naszego górskiego wyjazdu rozpoczął się w Roztokach, maleńkiej miejscowości, która miała być bramą do naszej przygody na Wielką Raczę. Pomimo wiosennego kalendarza, przyroda zdawała się mieć inne zdanie – szlak przywitał nas raczej jesiennym krajobrazem, z błotem i kałużami stanowiącymi pierwsze wyzwania na naszej drodze. Szybko okazało się, że bez odpowiedniego obuwia górskiego, przejście suchą stopą byłoby niemożliwe. To był pierwszy test naszego przygotowania i wytrwałości.

Zmiana warunków – od błota do śniegu

W miarę zdobywania wysokości, jesienny krajobraz zaczął powoli ustępować miejsca zimowemu sceneriom. Błoto na ścieżce zastąpił śnieg, co dla naszych dzieci, było prawdziwym powodem do radości. Zima w centrum Polski tego roku była wyjątkowo łagodna, a szansa na zabawę w śniegu – rzadka. Teraz, na szlaku Wielkiej Raczy, mieli okazję nadrobić zaległości. Rzucanie się śnieżkami, tworzenie śniegowych figurek i próby aniołów na śniegu stały się nieodłącznym elementem naszej wędrówki.

Wyzwania zimowego szlaku

Poruszanie się po zimowym szlaku wymagało od nas wszystkich większego wysiłku. Zauważyłem to szczególnie ja, walcząc z zapadaniem się w głębokim śniegu. Dzieci, choć na początku zachwycone zimową aurą, z czasem zaczęły odczuwać zmęczenie nieustannym brodzeniem przez zaspy. Dystanse, które latem pokonywaliśmy z łatwością, zimą wydawały się dłuższe i bardziej wymagające. To był ważny moment, by nauczyć dzieci, że każda pora roku w górach ma swoje specyficzne wyzwania, ale również i uroki.

Trasa żółtym szlakiem, pomimo zimowych utrudnień, była niezwykle malownicza i oferowała wspaniałe widoki na otaczające nas góry. Latem, jak przypuszczaliśmy, musi być idealna dla rodzin z dziećmi. Tym razem jednak towarzystwo na szlaku mieliśmy skromne – poza nami na trasie spotkaliśmy tylko jedną parę turystów oraz ratowników GOPR, co dodatkowo podkreślało surowy, ale piękny charakter zimowej górskiej przyrody.

Dotarcie do schroniska

Po kilku godzinach marszu, pełnego śmiechu dzieci i wspólnego pokonywania zimowych przeszkód, naszym oczom ukazało się wyczekiwane schronisko na Wielkiej Raczy. Ten moment, gdy z trudności szlaku wyłania się cel naszej podróży, zawsze niesie ze sobą ogromną satysfakcję i radość. Nie inaczej było tym razem. Schronisko, wyłaniające się zza zaspy śniegu, stanowiło obietnicę chwili odpoczynku i ciepła po mroźnej wędrówce.

Wspinaczka na punkt widokowy

Nim jednak pozwoliliśmy sobie na odpoczynek, postanowiliśmy zdobyć pobliski punkt widokowy, z którego rozciągała się panorama Beskidu Żywieckiego. Dla nas, jako rodziny, która ceni sobie każdy moment spędzony na łonie natury, możliwość podziwiania takiego widoku była nie do przecenienia. Zdjęcia, które tam zrobiliśmy, nie oddadzą w pełni majestatu otaczających nas gór, ale na pewno staną się cenną pamiątką z naszej wielkanocnej przygody.

Przerwa w schronisku

Po chwili zachwytu nad beskidzkim krajobrazem, udaliśmy się do schroniska, by na chwilę się ogrzać i posilić. Właśnie tam mieliśmy okazję przetestować termos obiadowy, który zabrałem ze sobą, mając nadzieję, że pozwoli nam na ciepły posiłek po całym dniu w zimowych warunkach. O szczegółach tego testu napiszę więcej w oddzielnym wpisie, ale już mogę zdradzić, że był to kolejny element, który sprawił, iż nasz wyjazd stał się jeszcze bardziej wyjątkowy.

Czas spędzony w schronisku na Wielkiej Raczy był dla nas wszystkich nie tylko momentem odpoczynku, ale także okazją do docenienia tego, jak wiele możemy zyskać, decydując się na wspólne przeżywanie takich przygód. To w takich momentach, w cieple schroniskowej sali, otoczeni pięknem gór, rodzina staje się jeszcze bliższa, a wspólne wspomnienia tworzą więź, która trwa znacznie dłużej niż świąteczny wyjazd.

Zmiana pogody i łatwiejszy powrót

Po odpoczynku i wzmocnieniu w schronisku na Wielkiej Raczy nadszedł czas, aby rozpocząć drogę powrotną. Pogoda, która do tej pory była naszym sprzymierzeńcem, zaczęła pokazywać swoje inne, bardziej kapryśne oblicze. Niebo zaciągnęło się chmurami, a lekki wiosenny powiew zamienił się w chłodniejszy, przypominający jesień wiatr. Jednakże, zamiast martwić się zmieniającymi się warunkami, przyjęliśmy je jako kolejną część naszej przygody. Szlak, który wcześniej prowadził nas w górę, teraz ułatwiał marsz, delikatnie opadając w dół. Dzieci, zawsze bardziej entuzjastyczne przy zbieganiu niż przy wspinaczce, znów znalazły powody do radości, korzystając z ostatnich resztek śniegu na zabawę.

Powrót do ciepłej kwatery

Zmęczeni, ale szczęśliwi, dotarliśmy z powrotem do naszej kwatery u Pani Ewy. Jak zawsze, mogliśmy liczyć na ciepłe przyjęcie. Pokój przywitał nas przyjemnym ciepłem z ogrzewania, a gorąca woda pod prysznicem była prawdziwym błogosławieństwem po całym dniu spędzonym na mroźnym powietrzu. Dzieci szybko zajęły się oglądaniem bajek, zasłużenie odpoczywając po dniu pełnym wrażeń, podczas gdy my z żoną, rozsiadłszy się przy stole z mapami i przewodnikami, zaczęliśmy planować kolejne dni naszego pobytu.

Ten wieczór, spędzony na wspólnym rozmyślaniu o kolejnych przygodach, był idealnym zakończeniem dnia. Pani Ewa, jak zwykle, zadbała o to, aby w kwatery niczego nam nie brakowało, co tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że decyzja o spędzeniu świąt Wielkanocnych w Beskidzie Żywieckim była jedną z najlepszych, jakie mogliśmy podjąć.

Szrenica – szlaki, trasa i wejście

Szrenica – szlaki, trasa i wejście

Szrenica, położona w malowniczych Karkonoszach, stała się celem naszej rodziny na jedną z weekendowych wypraw. Po zakończeniu wakacji, kiedy dni stają się krótsze, a możliwości na długie wyprawy ograniczone, postanowiliśmy wykorzystać każdą wolną chwilę. Szlak czterech schronisk prowadzący przez Szrenicę wydawał się idealnym wyborem dla naszej rodziny. Planowaliśmy tę wyprawę już wcześniej, ale nieoczekiwane przeszkody zdrowotne zmusiły nas do przełożenia. Teraz, mimo drobnych przeziębień, byliśmy gotowi na przygodę.

Przygotowanie do wyjazdu

Nasza ekspedycja na Szrenicę rozpoczęła się w sobotę o 4 rano. Mimo iż dzień wcześniej był pełen obowiązków i przygotowań nie zdążyliśmy odpowiednio przygotować samochodu do drogi. W rezultacie, już w Łodzi musieliśmy zrobić nieplanowany postój na stacji paliw. Cała podróż z Warszawy zajęła nam około 5,5 godziny, co było zgodne z naszymi oczekiwaniami, biorąc pod uwagę, że większość trasy przebiegała drogami szybkiego ruchu.

Przybycie na miejsce

Dotarliśmy do Karkonoszy wczesnym rankiem. Dzieci, pomimo wczesnego wstawania, były w dobrych nastrojach, co obiecywało udany początek wyprawy. Naszym pierwszym przystankiem był parking przy wejściu na czerwony szlak na Szrenicę, gdzie po opłaceniu opłaty parkingowej rozpoczęliśmy nasz marsz. Było jeszcze przed 10 rano, a my, dzięki wcześniejszemu wyjazdowi, mogliśmy cieszyć się względną ciszą i spokojem na szlaku.

Pierwsze kroki na szlaku

Nasza wędrówka rozpoczęła się od Rozdroża pod Kamieńczykiem, gdzie zdecydowaliśmy się zmienić kolor szlaku na zielony. Pierwsze kroki na szlaku były lekkie i przyjemne, a liczba turystów na tym odcinku szlaku była dla nas akceptowalna. Niemal natychmiast po rozpoczęciu marszu zaczęliśmy doświadczać typowych dla rodzinnych wypraw wyzwań – prośby o picie, jedzenie i korzystanie z toalety, mimo wcześniejszych przygotowań. Te drobne przestoje były dla nas przypomnieniem, że podróżowanie z dziećmi wymaga cierpliwości i elastyczności, ale też stanowią integralną część wspólnych przygód i budowania rodzinnych wspomnień.

Każdy krok na szlaku zbliżał nas do celu, a jednocześnie pozwalał cieszyć się pięknem otaczającej nas przyrody. Przygoda na Szrenicy zaczęła nabierać barw, a początkowe wyzwania szybko przekształciły się w radosne oczekiwanie na to, co przyniesie kolejna część naszej wyprawy.

Wyzwania i pokusy na szlaku

W miarę jak wędrowaliśmy dalej, nasza rodzina napotkała na kolejne wyzwania charakterystyczne dla górskich wypraw. Szlak oferował piękne widoki, ale także pokusy, które mogłyby skrócić naszą trasę – w szczególności wyciąg, który przyciągał uwagę naszych dzieci. Wyjaśniliśmy im, że korzystanie z niego oznaczałoby utratę szansy na zdobycie pieczątek i odznak, co jest ważną częścią naszej przygody. Dzieci, zmotywowane perspektywą nagród, zgodziły się kontynuować pieszą wędrówkę. Droga mijała nam pod znakiem zmiennej pogody, promieni słońca przebijających się przez chmury, co dodawało uroku naszemu marszowi.

Schronisko pod Łabskim Szczytem – moment zastanowienia

Po dotarciu do schroniska Pod Łabskim Szczytem, stanęliśmy przed trudną decyzją. Zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać, szczególnie u dzieci, a brak wolnych miejsc do siedzenia skłonił nas do poszukiwania odpoczynku w mniej konwencjonalnym miejscu – korytarzu przy toaletach. W tym momencie nasz najmłodszy, Kamil, zasnął z wyczerpania, co skłoniło nas do przemyślenia, czy kontynuować wędrówkę. Krótka drzemka i wspólny obiad w schronisku odmieniły jednak sytuację, przywracając dobre humory i siły do dalszej wyprawy.

Zdobycie Szrenicy i Hala Szrenicka

Po posiłku i odzyskaniu energii, zdecydowaliśmy się kontynuować naszą przygodę w kierunku Szrenicy. Ostatni etap wędrówki był już łatwiejszy, a dzieci, zmotywowane perspektywą zdobycia szczytu, znów poczuły przypływ entuzjazmu. Szrenica okazała się być warta każdego wysiłku – widoki z jej szczytu były zapierające dech w piersiach. Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu pieczątek w książeczkach turystycznych, naszym kolejnym celem była Hala Szrenicka i tamtejsze schronisko.

Nocleg w schronisku – czas na relaks

Schronisko na Hali Szrenickiej przywitało nas ciepło i komfortowo. Byliśmy mile zaskoczeni obecnością kącika zabaw dla dzieci, co pozwoliło nam na chwilę wytchnienia. Wieczór spędziliśmy na rozmowach i relaksie, ciesząc się grzanym winem i przytulną atmosferą schroniska. Nocleg w pokoju z piętrowym łóżkiem był dla dzieci dodatkową atrakcją, a wieczorna bajka pozwoliła na spokojne zakończenie dnia.

Powrót do domu

Następnego dnia, po śniadaniu, rozpoczęliśmy powrót do domu. Droga powrotna minęła nam pod znakiem refleksji nad wspólnie spędzonym czasem i planów na kolejne wyprawy. Przystanek przy Wodospadzie Kamieńczyka był ostatnim punktem naszej wędrówki, po którym, zgodnie z obietnicą, zatrzymaliśmy się na obiecany obiad w ulubionym miejscu dzieci – co stanowiło idealne zakończenie naszej przygody.

Podsumowując, szlak przez Szrenicę okazał się być idealnym wyborem dla naszej rodziny, oferując zarówno wyzwania, jak i niezapomniane widoki oraz doświadczenia. Ta wyprawa utwierdziła nas w przekonaniu, że wspólne wędrówki górskie to doskonały sposób na budowanie rodzinnych wspomnień i odkrywanie piękna natury.

Wielka Sowa – nasza rodzinna wyprawa

Wielka Sowa – nasza rodzinna wyprawa

Cześć, tu Paweł! Dzisiaj chcę podzielić się z Wami naszą rodziną przygodą na jednej z gór należących do Korony Gór Polski – Wielkiej Sowie. To nie tylko kolejny wpis na moim blogu podróżniczym, ale także osobiste wspomnienie pełne wyzwań, radości i rodzinnej współpracy. Wielka Sowa, mimo że nie należy do najwyższych szczytów, zawsze była na naszej liście „must-see”. Dlatego, pewnego letniego dnia, wraz z żoną i naszymi dwójką dzieci – entuzjastami górskich wędrówek – wyruszyliśmy, by zdobyć kolejny szczyt i stworzyć wspomnienia, które zostaną z nami na zawsze.

Poranek na Przełęczy Jugowskie

Nasz dzień rozpoczął się na Przełęczy Jugowskiej, gdzie szybko zdałem sobie sprawę, że nawet letnie miesiące mogą przynieść chłodne niespodzianki. Chociaż było sierpień, temperatura przypominała raczej wczesną jesień. Zabraliśmy ze sobą pełen zestaw ubrań, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Jako rodzic, wiem, jak ważne jest, aby dzieci były dobrze ubrane – ani za ciepło, ani za zimno. To nie tylko kwestia komfortu, ale i bezpieczeństwa.

Aktywny start dnia

Przed rozpoczęciem właściwej wędrówki, moja żona zaproponowała krótką rozgrzewkę. Była to świetna okazja, aby dzieci mogły się trochę poruszać i przygotować do wspinaczki. Szybka seria przysiadów, skłonów i rozciągania – wszystko w formie zabawy. Uśmiechy na twarzach naszych pociech były najlepszym dowodem na to, że były gotowe na wyzwanie. Po tej krótkiej, ale energicznej rozgrzewce, pełni entuzjazmu i z niecierpliwością, wyruszyliśmy czerwonym szlakiem w kierunku szczytu Wielkiej Sowy. Już na samym początku poczuliśmy, że to będzie wyjątkowa przygoda, a każdy krok zbliżał nas nie tylko do celu, ale także wzmacniał nasze rodzinne więzi.

Szlak Czerwony – przyjazny dla dzieci

Podążając czerwonym szlakiem, szybko zauważyliśmy, że jest on doskonale dostosowany dla młodych wędrowców. Mimo pewnych wzniesień, droga nie była zbyt wymagająca, co było istotne, biorąc pod uwagę małe nóżki naszych dzieci. Obserwowanie, jak z każdym krokiem nabierają pewności siebie i radości z pokonywania kolejnych metrów, było dla mnie jako ojca bezcennym doświadczeniem. Rozmowy o przyrodzie, spotkane po drodze zwierzęta i zabawy w zgadywanie, co znajduje się za kolejnym zakrętem, sprawiały, że czas mijał niezauważalnie. To właśnie te momenty, gdy rodzina jest razem, pokonując małe wyzwania i ciesząc się każdą chwilą, są esencją naszych wycieczek.

Odpoczynek i posilenie na kozim siodle

Wędrówka wymaga energii, a energia wymaga dobrego jedzenia! Dlatego planując trasę, zawsze uwzględniamy miejsca na odpoczynek i posiłek. Nasz pierwszy większy postój miał miejsce na Kozim Siodle, malowniczym punkcie na wysokości 888 metrów n.p.m. To była idealna okazja, by rozłożyć naszą turystyczną matę, wyciągnąć kanapki i cieszyć się chwilą odpoczynku. Dzieci, jak zwykle, były zachwycone możliwością pikniku w tak niezwykłym miejscu. To również czas, gdy mogliśmy się posilić ulubioną zupą pomidorową, którą przygotowaliśmy wcześniej. Dla nas, rodziców, ważne jest, aby dzieci miały zdrowe i pożywne posiłki, nawet podczas górskiej przygody.

Zdobywamy Szczyt! (mimo przeszkód)

Gdy w końcu dotarliśmy na szczyt Wielkiej Sowy, poczuliśmy ogromną satysfakcję. Niestety, nasze plany podziwiania widoków z wieży widokowej zostały pokrzyżowane – wieża była w remoncie. Mimo to, uczucie zdobycia szczytu było niesamowite. Dzieci, choć początkowo rozczarowane zamknięciem wieży, szybko odnalazły radość w samym fakcie bycia na szczycie. To była dla nas wszystkich lekcja elastyczności i radzenia sobie z nieoczekiwanymi zmianami. Spędziliśmy tam trochę czasu, ciesząc się osiągnięciem i obserwując coraz większą liczbę turystów, którzy również zdobywali szczyt. Chwile te przypomniały mi, jak ważne jest celebrowanie każdego sukcesu, nawet jeśli droga do niego nie zawsze wygląda dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy.

Inny widok w dół

Po krótkim odpoczynku na szczycie, nasza rodzina zdecydowała się na zejście inną trasą – żółtym szlakiem. Ten wybór okazał się być ciekawym kontrastem w porównaniu do czerwonego szlaku. Choć żółty szlak był bardziej stromy i miejscami wymagał większej uwagi, szczególnie ze względu na dzieci, oferował zupełnie inne widoki i perspektywy. Zmieniający się krajobraz i nowe wyzwania trasy utrzymywały naszą uwagę i entuzjazm. Dzieci, choć wyraźnie zmęczone, nadal były podekscytowane kolejnymi etapami wędrówki. To był również czas na rozmowy o tym, jak ważna jest ostrożność i bezpieczeństwo podczas górskich przygód.

Końcówka wędrówka – wyzwanie i radość

Końcowa część naszej wyprawy, powrót do punktu startowego, była zarówno fizycznie, jak i mentalnie wyzwaniem. Nogi dzieci zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a przerwy stawały się coraz częstsze. W tych momentach, jako rodzice, graliśmy kluczową rolę w motywowaniu naszych pociech. Czekolada, ciepła herbata i obiecane historie przy kolejnym przystanku pomagały im odzyskać siły. Choć ostatnie kilometry wydawały się najdłuższe, to właśnie wtedy nauczyliśmy się, jak ważne jest wspieranie się nawzajem i utrzymywanie pozytywnego nastawienia, nawet gdy jest trudno.

Podsumowanie

Nasza wyprawa na Wielką Sowę była pełna niespodzianek, wyzwań i radości. Pokazała nam, jak ważne jest wspólne spędzanie czasu, wspieranie się nawzajem i cieszenie się prostymi przyjemnościami – jak posiłek na łonie natury czy osiągnięcie wspólnego celu. Ta wędrówka była nie tylko fizycznym wysiłkiem, ale także okazją do nauki i rozmów o przyrodzie, bezpieczeństwie i znaczeniu elastyczności. Dla innych rodziców planujących podobne wyprawy, moja rada to: przygotujcie się na wszystko, cieszcie się każdą chwilą i pamiętajcie, że każda przygoda, nawet ta z przeszkodami, jest cenną lekcją dla Was i Waszych dzieci.